Masówka...
06-09-2008

...czyli ulubiony pojazd europejczyka zmanipulowanego PR-owską papką koncernów motoryzacyjnych.

Zdenerwował mnie artykuł Marcina Zwierzchowskiego w ?Rzeczpospolitej? pt. ?Gruchot ? ulubione auto Polaka?. Autor cytuje wyniki Instytutu Samar, że średni wiek samochodu w Polsce podniósł się w 2007 roku do rekordowych 14,3 roku, a średni europejski wiek pojazdu to 8 lat. Uznałem, że zdecydowanie psuję cukierkową dla branży motoryzacyjnej statystykę, jeżdżąc sprawnym, zadbanym i świetnie utrzymanym 18-letnim Peugeotem 405. Jeżeli ktoś zawaha nazwać go gratem, wyśmieję go, wszak podkreślę ? jest to pojazd sprawny. Gdy nazwie go ?trucicielem? środowiska ? przyznam mu rację. Fakt. Każdy samochód jest emitentem CO2 i CO. Dopóki nie doczekamy się masowej produkcji pojazdów wodorowych, każde auto będzie trucicielem. Ale mój truciciel po przebiegu ponad 500 tys. kilometrów spala w mieście 9,2 litra, a na trasie 7 litrów. Przy pojemności 1905 cm. Czyli mniej więcej tyle samo ile spalają nowe, nafaszerowane elektroniką wózki, przyznać należy, że atrakcyjne dla oka, o co zatroszczyli się designerzy na zlecenie działów marketingu. Ich zadaniem jest wypuszczanie największej ilości pojazdów z fabryk. A o kosztach, jakie za funkcjonowanie tejże machiny nakręcającej potężną kasę płaci środowisko naturalne ? nikt jakoś nie mówi zbyt głośno. O permakulturze, w której to skład wchodzi m.in. myśl wykorzystywania danego produktu, urządzenia w maksymalnym stopniu, tak, by jak najdalej odłożyć produkcję następnego, za czym idą oszczędności energii, surowców i wody ? też nikt nie mówi, bo to się nie opłaca. Nie myślą o tym bynajmniej szefowie koncernów motoryzacyjnych, wypuszczających na światowe rynki coraz mniej solidne, za to nafaszerowane elektroniką pojazdy. Bo gdyby myśleli i tworzyli solidne samochody, zamiast masówki ubranej w programy kredytowe, spotkaliby się z takim samym problemem, jak Volvo w latach 90-tych. Koncern produkował wówczas tak solidne wozy, że drastycznie spadła im sprzedaż nowych pojazdów. Nie wyżerała ich rdza, bo solidna, ocynkowana konstrukcja z grubej stali nijak miała się do współczesnych blaszek grubości pięciu żyletek. Modele Volvo z tamtych lat po dziś dzień spotykam na polskich drogach. I pewnie nie uwierzycie, ale w myśl permakultury, są one bardziej ekologiczne od nowych samochodów. Wystarczy o nie po prostu dbać.

Producenci samochodów przy intratnej współpracy z mediami, wolą jednak wytykać palcami użytkowników starszych samochodów, nazywając ich ?skansenem Europy? - jak wyraził się na łamach Rzeczpospolitej dyrektor Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. Można...

Zamiast wytykać palcami, można spojrzeć na sytuację trochę inaczej. Mniej marketingowo. Wystarczy chcieć. Przy produkcji samochodu zużywa się gigantyczne ilości wody, chemii w postaci chłodziw do maszyn, energii elektrycznej oraz innych materiałów. Generuje to nie tylko koszty dla producenta, ale także straty dla środowiska naturalnego. By zainwestowane środki się zwróciły, ekonomia wymusza produkcję masową. I o ile ekonomicznie bilans wpływów ze sprzedaży nowych samochodów przy kosztach jakie ponosi producent często wychodzi z zyskiem dla koncernu, tak bilans ekologiczny jest mocno ujemny. Środowisko to nie pieniądz. Strat wynikających z degradacji natury nie da się wyrównać tak łatwo, jak poprzez zręczne zabiegi marketingowe. Niestety. Dlatego motoryzacyjna machina, w której uczestniczą wielkie grupy interesów i rozliczni specjaliści od kreowania wizerunku, mydlą ludziom oczy, jakoby nowe samochody były bardziej ekologiczne od zadbanych starych. To jest kłamstwo przez niektórych nazywane "public relations". I warto to wiedziec.

Owszem, gdy stary samochód spala gigantyczne ilości oleju, a to co nie spali wylewa na drogę, to bez dyskusji należy go albo naprawić w bardzo solidny sposób, albo się go jak najszybciej pozbyć poprzez złomowanie i recykling. Co innego, gdy mówimy o samochodach zadbanych i sprawnych, które nie robią olejowych zacieków przy byle postoju. W których wymienia się filtry, katalizatory. O które po prostu się dba! Taki samochód może jeździć nie 18, ale i 28 lat. Przy takim permakulturowym podejściu do samochodu, zdecydowanie niewygodnym dla koncernów motoryzacyjnych, oszczędza się środowisko, gdyż właściciel takiego pojazdu nie uczestniczy w machinie produkującej masowe buble, rozsypujące się mechanicznie lub elektronicznie po 6-7 latach, czyli po upływie czasu, w jakim na kupującym zarobił bank kredytujący kupno pojazdu oraz producent. I co dalej? Ano, trzeba kupić nowe auto. Nieważne, że jego spalanie będzie podobne do szosowej permakultury. Ale będzie nowe i podobno bardziej ekologiczne. Mit.

Kilka miesięcy temu i ja niemalże uległem sile marketingu jednego z producentół. Prawie kupiłęm nowy samochód, który spala w cyklu miejskim 8,7 litra. Powód był jeden. Moja 405-ka na skutek banalnej awarii spalała 14 litrów w mieście. - Pozbądź się tego paliwożernego grata! - doradzali znajomi. Byłem bliski tej decyzji. Zwłaszcza, że nowe autko kusiło połyskiem w salonie. Nowe...

- Nowy, nie znaczy bardziej ekologiczny i ekonomiczny pod względem spalania panie Wojtku... - z uśmiechem powiedział mi pewien człowiek, jak się później okazało wyznający zasadę permakultury. By było śmieszniej ? pracujący w salonie producenta samochodów. Chłopak jeździł starym, ale zadbanym Volvo. - Mój ma 14 lat i przy pojemności 1800 cm. Pali 8 litrów w mieście. Ten nowy, który chce pan kupić teoretycznie spala 7,3 litra według danych producenta. W rzeczywistości pali też osiem... A blacha? Gorsza... Bez ocynku i cieńsza. Niech pan nie ładuje się w kredyt tylko po prostu zadba o ten samochód, zamiast go wymieniać... - doradził szczerze, czego nie spodziewałem się w salonie dealera. Gdy spytałem skąd ta szczerość, odrzekł, że nie dostał premii i podwyżki, dlatego jest szczery i ma wszystko w nosie. Rozmawialiśmy jeszcze kilka minut o permakulturze i współczesnej motoryzacji. I rozstaliśmy się. Koncern chyba nie byłby zadowolony z takiego pracownika, ale jest on tylko maleńkim, wyszczerbionym trybikiem tej wielkiej machiny, który otworzył mi oczy. Za co dziś jestem mu wdzięczny. Zrobiłem, jak doradził. Z ciekawości. Jak nie wyjdzie, to trudno - kupię nowe auto. Próbować jednak zawsze warto. Zacząłem dbać o swój samochód, bo bez bicia przyznaję się Wam ? nie dbałem.

Z woli dbania o samochód najbardziej ucieszył się mój mechanik, zdając sobie sprawę, że by wyprowadzić auto z ruiny zarobi pieniążki. Szybko zdiagnozował banalną przyczynę paliwożerności mojego auta. - Masz pęknięty i zmurszały od starości główny przewód paliwowy, przez który wariuje komputer i pompa paliwa. To co podaje pompa idzie częściowo do wtrysku, a częściowo na ulicę. Wypadałoby też wymienić inne przewody i uszczelnić silnik ? zalecił. Tak zrobiłem. Po kosztownej konserwacji starego samochodu, moje obecne spalanie wygląda jak pisałem wyżej. Samochód jest sprawny, blacha ocynkowana przez Francuzów 19 lat temu nie nosi śladów rdzy. Na kapitalny remont samochodu wydałem niewiele ponad 2 tys. zł. Silnik jest zdrów, jak ryba. Podobnie inne podzespoły samochodu. Pojeżdżę nim może jeszcze z 5 lat. Czemu nie? Cieszę się, że nie zasiliłem machiny finansowej gigantów rynku motoryzacyjnego, destrukcyjnej dla środowiska. Czy jest mi głupio, że jako wydawca portalu Ekologiczni.pl jeżdżę starym samochodem? - Nie. Nigdy! Ale nie kryję - było mi głupio. Teraz jest mi głupio, że było mi głupio. Od dawna jeżdżę samochodem tylko wtedy, gdy muszę. Stosuję się do zasad ecodrivingu, dzięki czemu spalam małe ilości paliwa. Zamiast autem, jeżdżę do pracy rowerem lub tramwajem, dzięki czemu nie truję lub mniej truję (tramwaj) środowisko. Nie sterczę z warczącym silnikiem w korkach. Nie emituję CO2 gdy nie muszę. Prosta zasada. Nie stronię od spacerów. To nie wstyd. Głupio byłoby mi jeździć tym samochodem, którym jeżdżę teraz tylko wtedy, gdyby stać mnie było na bezemisyjny pojazd z napędem wodorowym. Jak wiadomo, są one jeszcze nie tylko nieosiągalne w Polsce, ale i nieosiągalne dla budżetu przeciętnego Polaka. A że na rynku prym wiodą pojazdy napędzane pochodnymi ropy naftowej, spalające podobne ilości paliwa ile mój permakulturowy ?zabytek?, mogę jedynie cieszyć się, że nie wyrzuciłem pieniędzy w błoto i nie przyczyniłem się do większej biodegradacji środowiska. Ktoś się nie zgadza? Proszę o argumenty...

Jestem jednak przekonany, że jeśli nie zmieni się sposób myślenia ludzi, którzy zamiast spacerować, jeździć rowerem lub tramwajem, wolą siedzieć zamknięci w swoich puszkach, słuchając ryku silników emitujących CO2 i fetor spalin, możemy sobie jedynie pogadać o ekologii. Rynek musi zmienić sposób myślenia ludzi. No chyba, że pewnego dnia, po prostu idąc ulicą zaczniemy się dusić...

WOJCIECH ANDRZEJEWSKI


Podziel się tym artykułem:

Waszym zdaniem (+) dodaj swój komentarz
Nie napisano jeszcze komentarzy
--REKLAMA--
GreenPol System
GELG
IFR Firmy Rodzinne
FEMI
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
--REKLAMA--
2006-2009 Copyright by WAPRESS Wojciech Andrzejewski Design & Webmaster:
Rafał Szczęsny & Karolina Sobczak © 2006-2010
Regulamin