Kiedy rano rozsuwam zasłony, ukazuje mi się dość szpetny widok ? pomimo tego, że mieszkam na jednym z ładniejszych i bardziej zielonych łódzkich osiedli.
W ?mojej? części Radogoszcza wolna przestrzeń w większości wypełniona jest zielenią, są tu duże trawniki i drzewa między blokami i chodnikami. Niestety, od dość dawna dzieje się z nimi coś złego. A wszystko za sprawą tych spośród moich sąsiadów, którzy nie mogą się obyć bez widoku swoich ubóstwianych samochodów. Z okien wychodzących na zachód widzę samochody stojące na chodniku, pozostawiające tak niewielką przestrzeń, że nawet jednej, szczupłej osobie trudno się przecisnąć; z kolei z okien wychodzących na północ widzę długi parking wzdłuż ulicy, na którym stoją dziesiątki pojazdów. Kiedyś co trzy miejsca parkingowe znajdowały się trawiaste ?przerwy?, ale kierowcy je zniszczyli. Stworzyli coś, co straż miejska w swoim niesłychanym poczuciu humoru nazwała ?klepiskiem? ? i uznała, że skoro trawnika już nie ma, nic nie stoi na przeszkodzie, by na nim parkować. Następnie usankcjonowała to spółdzielnia. Nieliczne wyspy zieleni, które nadal pozostały w tym ciągu, znajdują się przy skrzyżowaniach. Lecz i one powoli zmieniają się w ?klepisko?, choć pobliski, duży parking, nigdy nie jest zapełniony. No ale przecież ukochane auto należy zaparkować jak najbliżej, by móc w dowolnej chwili podziwiać je z okna.
Podobny problem występuje w całym moim mieście. Ba! To problem ogólnopolski: wszędzie gdzie miałem okazję zawitać, a odwiedziłem bardzo liczne zakątki kraju, wyglądało to podobnie. W centrach naszych miast resztki rachitycznej zieleni ustępują miejsca nowym parkingom, a chodniki i trawniki zastawiane są przez pojazdy, których kierowcy nie widzą żadnego problemu w tym, że utrudniają życie pieszym. Zresztą ci ostatni, nawet jeśli sami są niezmotoryzowani, z dziwną wyrozumiałością traktują wykroczenia popełniane przez wyznawców czterech kółek. Podobne sytuacje coraz częściej zdarzają się także na peryferiach.
Mimo tego, nadzwyczaj rzadko ktoś dzwoni w takich sprawach na policję, czy straż miejską. Zresztą po co? Ta pierwsza zwykle nie ma czasu ?na głupoty? i odsyła dzwoniącego do straży miejskiej. Trzeba nie lada determinacji, by zmusić dyżurnego policjanta do przyjęcia interwencji. Dzwoniąc do straży miejskiej słyszymy zwykle zniechęcony głos, który mówi ?przyjąłem, do widzenia?, względnie ?wie pan, dziś w centrum jest sporo młodzieży i wątpię bym miał patrol, który będę w stanie podesłać? (inna sprawa, że kiedy zachowanie młodzieży w dresach naprawdę wymaga interwencji, umundurowani dżentelmeni nierzadko nie kwapią się wcale do wykonywania zadań, za które mają płacone). A jeśli służbom odpowiedzialnym za egzekwowanie prawa zdarzy się zareagować na zgłoszenie o samochodowym ?ataku? na zieleń lub chodnik, swoje obowiązki wykonują one nader niechętnie, dobitnie dając do zrozumienia, że w pełni utożsamiają się z nieszczęściem jakie spadło na biednego kierowcę otrzymującego mandat.
Tym sposobem zamyka się błędne koło. Ponieważ nikomu nie przeszkadza zatarasowany chodnik, czy zniszczony trawnik, obiekt kultu, jakim w ostatnich latach staje się samochód, napotkać już można niemal wszędzie. Choć w przeciwieństwie do miejskiej zieleni taki widok aż kłuje w oczy, niewielu jest w stanie na nie przejrzeć, gdyż zaślepieni są bóstwem na czterech kołach i przyzwyczajeni do tego, że żąda ono składania mu kolejnych ofiar z przestrzeni.
KONRAD MALEC
|
Podziel się tym artykułem: |
| Waszym zdaniem | (+) dodaj swój komentarz |











